Wenancjusz Ochmann

To były wczesne lata 90-te, pierwsze lata wolności po przemianach 1989 roku, czas rewolucji gospodarczej w Polsce. Walka z inflacją, dyscyplina budżetowa, restrykcyjna polityka monetarna, wysokie stopy procentowe, ale także wolny rynek i otworzenie się na handel zagraniczny. Wielu Polaków „odkrywało” w sobie gen przedsiębiorczości, zakładało własne biznesy, próbowało sił w wolnorynkowej gospodarce.

Byłem wówczas jeszcze studentem Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie pracowałem w Studio Muzyki Elektroakustycznej, wróciłem także niedawno ze stypendium w Hochschule für Musik FRANZ LISZT w Wiemarze (Niemcy). Miałem głowę pełną pomysłów i marzeń. I tak, wraz z dwom przyjaciółmi – Barbarą i Marianem – postanowiliśmy także spróbować swoich sił w tym „przedsiębiorczym” świecie, podziałać na własny rachunek. Ja i Barbara mieliśmy za sobą już szereg doświadczeń i sukcesów kompozytorskich, kilka wydanych kaset z autorskim materiałem muzycznym (płyty CD stawały się dopiero popularne…), Marian miał wykształcenie i doświadczenie w realizacji dźwięku. Wspólnie, w 1993 roku, otworzyliśmy pierwsze na Śląsku w pełni cyfrowe studio kompozytorskie i studio nagrań. Podział pracy wydawał nam się bardzo prosty – Marian był realizatorem dźwięku, a Barbara i ja, wówczas wciąż jeszcze studenci Akademii Muzycznej, byliśmy odpowiedzialni za komponowanie muzyki.

Dość szybko okazało się, iż największe zapotrzebowanie jest na tworzenie i nagrywanie muzyki reklamowej, znacznie większe niż na realizację typowych nagrań studyjnych zespołów muzycznych. Musieliśmy, już na początku pracy, zrewidować założenia i dostosować się do potrzeb rynku. Tak więc Marian nagrywał przede wszystkim lektorów, a my z Basią rzuciliśmy się w wir komponowania muzyki do filmów reklamowych i dżingli reklamowych. Radiowych i telewizyjnych. Tyle tylko, że nikt – w trakcie całej mojej formalnej edukacji muzycznej, a kończyłem już studia w Akademii Muzycznej, po przejściu wszystkich etapów edukacji, także w średniej szkole muzycznej – nie uczył mnie jak to robić. Na studiach uczyłem się jak komponować utwory chóralne w różnych stylach kompozytorskich od renesansowego przez barokowa polifonię do poszerzonej XIX-wiecznej tonalności inspirowanej Wagnerem, ale nigdy nie praktykowałem z 30-o sekundowym spotem mającym być podkładem muzycznym reklamującym płyn do mycia naczyń… We wczesnych latach 90-tych (w co trudno może uwierzyć) nie było internetu, nie było youtuba, ani żadnego łatwo dostępnego źródła tutoriali, które mogłyby być natchnieniem czy nauką. Nie posiadałem w domu nawet magnetowidu, żeby móc zobaczyć – jako inspirację – jakieś nagrania na kasetach video… Mogłem jedynie oglądać bloki reklamowe w telewizji, a ta branża przeżywała także wówczas rozkwit zamieniając dotychczasowe szare sklepowe półki w mieniące się kolorami tęczy i inspirując miliony Polaków do kupowania. Oglądając efekty pracy „konkurencji”, mogłem podsłuchiwać jak to robią inni. Naszym ogromnym atutem, jako studia nagrań, był fakt, że dysponowaliśmy najnowocześniejszym sprzętem muzycznym, syntezatorami oraz systemem do nagrań cyfrowych – pierwszą generację Pro Tools. Mieliśmy także totalnie otwarte głowy.

Dość szybko zorientowałem się, że tworzenie muzyki do obrazu daje mi ogromną frajdę. Zwłaszcza dłuższe filmy, kilku i kilkunastu minutowe, dawały duże możliwości wykorzystania instrumentów elektronicznych w tworzeniu barw, melodyki, harmonii i faktury, napięć i punktów kulminacyjnych… Ale ile muzycznego napięcia można przekazać ilustrując film reklamowy o kotłach grzewczych? W procesie tworzenia niezwykle ważne były dyskusje z naszym bezpośrednim zleceniodawcą, przedstawicielem jednej z największych śląskich agencji reklamowych. To były długie dyskusje, a często spory na temat trafności dopasowania muzyki do przekazu reklamowego, oczekiwań klienta a naszych wizji artystycznych. Towarzyszyła temu ciągła presja czasu, terminów. Także presja finalnej akceptacji przez zamawiającego/klienta, wreszcie otrzymania za pracę zapłaty. Do tego wszystkiego także nie przygotowała nas formalna edukacja.

Kiedyś, po ponad 20-u godzinach pracy w studio w Katowicach, podjeżdżając pod dom w Zabrzu, zorientowałem się, że nie pamiętam zupełnie tych przejechanych 20-u kilometrów. Zdarzyło mi się to jeden jedyny raz w życiu. Ale to też wtedy przekonałem się, jak bardzo lubię komponować muzykę ‘pod obraz’.

Dzisiaj, z perspektywy wielu lat, wiem jak niewiele wiedziałem wówczas o prowadzeniu własnego biznesu z ekonomicznego punktu widzenia, punktu widzenia przedsiębiorcy – właściciela, współwłaściciela. O tym jak bardzo trzeba dbać o pisemne umowy, właściwą księgowość, ustalanie realistycznych terminów realizacji, o relacje z klientami i podwykonawcami, ale także o wewnętrzne relacje miedzy wspólnikami. To był czas prawdziwego work-based learningu w moim życiu, który wykorzystuję do dziś.